Pierwszy dzień jesieni, chociaż można było powiedzieć, że w moim mieście jesień była już od dwóch tygodni. Nie jest to wymarzona jesień, drzewa są jak co roku gołe, na ulicy chodnik tworzą liście, które mieszają się z szarością nieba. W tym dniu nie było nic szczególnego, to był dzień jak każdy... Prawie. Siedząc nad lekcjami zaczęłam rozmyślać o sobie, o swoim niezwykle nudnym życiu, o wszystkim. Naszła mnie dziwna ochota wyjścia gdzieś na spacer, pójść gdzieś dalej, mając w uszach melodię swoich ulubionych piosenek. Nie myśląc o niedokończonym zadaniu z fizyki, które jutro nauczycielka miała sprawdzać, rzuciłam książki na ziemie i poszłam ubrać trampki, szalik i płaszcz. Wsadziłam obie słuchawki w uszy i bez słowa wyszłam z domu. Strasznie padało, jednak nie przeszkadzało mi to, wtedy nic mi nie przeszkadzało. Szłam przed siebie, bez celu, rozmyślałam o wszystkim i niczym, nie miałam humoru, tak bez powodu... W myślach śpiewałam do piosenki Linkin Park - Powerless, która grała mi wtedy w uszach. Nie wiedziałam nawet kiedy doszłam do parku, ale jeśli już tam byłam, postanowiłam usiąść na najbliższej ławce. Oczywiście gdzie nie chciałam usiąść, tam siedzieli zakochańce ssający sobie twarze... No nic, ja szłam dalej. W końcu znalazłam miejsce, gdzie mogę posiedzieć, nawet z dobrym widokiem na stawek, który znajdował się w środku parku. Ludzie przechodzili obok mnie i patrzeli się jak na jakiegoś żebraka, sama nie wiem czemu, ale nie obchodziło mnie to wtedy. Spojrzałam się w bok i zauważyłam sylwetki dwóch chłopaków, miałam wrażenie, że były mi one bardzo znane ale nie mogłam sobie przypomnieć dokładnie skąd. Jeden miał dość odstające uszy, był jakby łysy, miał na sobie czarny płaszcz, rurki i glany. Drugi był dość wysoki... Miał charakterystyczny kontur twarzy i znane mi ułożenie włosów. Nie mogłam jednak zobaczyć ich twarzy, byli za daleko. Chłopcy szli w moją stronę, a mi nagle zaczeły się trząść nogi i ręce, ale nie z zimna, czułam dziwny stres... Po chwili byłam w stanie zobaczyć ich twarze, lecz wciąż nie wiedziałam kim oni są. Usiedli na ławce naprzeciw mnie, zasłaniając mi tym samym widok na stawek, w który sie wpatrywałam dobre pół godziny, lecz wcale mi to nie przeszkadzało. Spuściłam głowę w dół, wyciągając jedną słuchawkę z ucha. Spoglądałam na nich co chwile, aż w końcu z jednym z nich złapałam dłuższy kontakt wzrokowy, który zerwałam ja, zawstydziłam się. Chłopcy przestali do siebie mówić głośno, zaczęłam słyszeć szepty, a kątem oka widziałam, jak chłopcy wciąż na mnie patrzą. Nie wiedziałam wtedy co zrobić, siedzieć bezczynnie patrząc się w ziemie, czy iść stąd. Poczułam duże zakłopotanie i zerwałam się z ławki idąc dość szybkim krokiem w stronę domu. Ponownie wsadziłam słuchawki w uszy trafiając na piosenkę Linkin Park - My December. Za sobą słyszałam czyjeś kroki, nie były to kroki jednej osoby. W głębi duszy miałam nadzieję, że idą za mną chłopacy, z którymi się wymieniałam wzrokiem w parku, nie wiem czemu, ale strasznie chciałam ich poznać. Nie odwracałam jednak głowy, bo co, gdyby to byli oni? Wszystko by wyglądało dość podejrzanie. W pewnym momencie zaczęłam coraz słabiej słyszeć piosenkę, którą miałam ustawioną na maksymalną głośność, czułam, że odpływam, nie wiedziałam co się dzieje.
Jest 2 październik. Leżę w szpitalu, pod kroplówkami i chyba wszystkim co możliwe. Rano była u mnie mama, przyniosła mi słodycze i takie tam, jak to mama... Pytała się mnie o różne rzeczy, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie nawet słowa, jakby ktoś wyrwał mi struny głosowe lub zaszył usta. Obok mnie stała szafka, na której leżał duży bukiet kwiatów, a w nim karteczka na której pięknym pismem pisało ''Mam nadzieję, że w najbliższym czasie wrócisz do zdrowia, nie wiem co by się stało gdyby nie my... Warto było się poświęcić dla takiej dziewczyny, jak Ty. Jeszcze Cię odwiedzimy. Chester i Mike.''. Po przeczytaniu tej karteczki zrobiło mi się ciepło na sercu, lecz nie mogłam kompletnie sobie przypomnieć o co chodziło, nie pamiętałam w tamtej chwili nic, miałam nawet problem z rozpoznaniem własnej matki. Od momentu przebudzenia się mama siedziała ze mną jeszcze ok. 15 minut, spieszyła się gdzieś. Słyszałam jeszcze jak rozmawiała z lekarzem, z rozmowy udało mi się wyłapać, że musiałam zasłabnąć na ulicy i uderzyć głową w beton. Mama stała wciąż ze zmartwioną i zapłakaną twarzą. Po chwili zapytała się skąd się pojawiły u mnie liczne siniaki na nogach i brzuchu. Wtedy spojrzałam na swoje ciało, które ''ozdabiały'' fioletowe i szare plamy, po delikatnym naciśnięciu na nie czułam straszny ból. Lekarz odpowiedział mamie, że ktoś mnie musiał skopać. Poczułam się wtedy marnie, tak bezsilnie i bez poczucia jakiejkolwiek wartości... Nikomu takiego uczucia nie życzę. Rzuciłam się na swoją poduszkę i gapiłam się bezsensownie w sufit, no bo co ja mogłam wtedy zrobić? Ani się odezwać, ani nic... Leżałam tak nucąc sobie piosenkę, która chyba jaka jedyna nie wypadła mi z pamięci. Po chwili usłyszałam znajome mi kroki. Zaczęło mi coś świtać w głowie, takie kroki słyszałam przecież w parku! Słyszałam jak znajomy mi głos wypowiadał moje imię. Kroki były coraz bliżej, aż w końcu ujrzałam twarz chłopaków, których widziałam w parku. Podeszli do mnie, pytali o stan zdrowia, o różne rzeczy... Tak bardzo się wtedy cieszyłam, chciałam z nimi rozmawiać, ale jak wcześniej wspomniałam, wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa było dla mnie wtedy chyba najtrudniejszą czynnością...
~~~~~~
Trochę się pospieszyłam z pierwszym rozdziałem, ale to chyba dobrze. Liczę na szczerze komentarze, możecie dawać wskazówki, piszcie co myślicie. Drugi rozdział dziś wieczorem lub jutro. Zapraszam! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz